wtorek, 20 listopada 2012

Nigdy nie jest tak źle żeby nie mogło być gorzej.

Dobry humor w moim wypadku to stan wyjątkowo zmienny. Ba! Rzekła bym nawet że permamentnie chwilowy. A ja odwracam głowę patrząc do góry i pytam: "Boże, dlaczego kopiesz mnie po tyłku aż tak?" Dlaczego życie upodobało sobie kopać mnie po dupie od dwóch lat... Wszystko się spieprzyło... Absolutnie wszystko... "Cierpienie ból i łzy"? "Bardzo szczęśliwa"? Kiedy pytam się? Kiedy?! Czy ON zabrał mi całą dobra passe? Wszystko co tylko mógł? Czy ja nie mogę być chociaż przez jakiś czas spokojna i szczęśliwa? Czym właściwie jest dla mnie szczęscie? Nie wiem. Sama nie wiem... Znowu nie mam siły życiowej... Kiedy tylko z trudem dźwigam się z dołka, życie znowu serwuje mi kopniaka, tak jakby jego celem było zrobienie ze mnie osoby permamentnie nieszczęśliwej. Przeżywam deja vu sprzed roku... Znowu stan obezwładniającej niemocy... Przed oczami mam 3 lata mojego szloneo, studenckiego zycia. Tyle pięknych chwil... satysfakcji, wspaniałych ludzi... Tyle dobrego...A kiedy on odszed... jakby wszystko prysło. Już nawet nie pamietam jak wygląda. Był, kochał, wspierał, dawał poczucie bezpieczeństwa. A teraz znowu jestem sama. Ta silna (niby), ta dominująca. Ta... użalająca się nad sobą kaleka życiowa;] 

Już nie wiem jakie mam modły zacząć wznosić zeby wreszcie coś się zaczęło układać dobrze... Jakoś to będzie... Pojadę do tych Stanów... Tylko to mi huczy w głowie... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz