Srednio raz na pół roku wpadam w fazę "No i co teraz?" No i jestem tadam! Znowu. Poważne życiowe decyzje zaczynają mi siedzieć za uchem a ja obawiam się co zrobić, w którą stronę sie udac... Najwidoczniej Pawłowe czary mają limit co do mojej pokręconej osobowości. Wystarczy że kilka bardziej obciążających emocjonalnie rzeczy zaczyna wisieć mi za uchem i dopada mnie życiowa niemoc. Najgorsze jest to, że nawet nie wiem do kogo się z tym zwrócić... Kto powie "Będzie dobrze, zobaczysz. Przeciez jesteś mega ogarniętą osobą. Kto ma osiągnąć sukces jak nie Ty?" Brakuje mi wiary we własne siły.. wiem że potrafię naprawde wiele. Tyle rzeczy potrafiłam przeskoczyć, ale ciągle jakis głos w środku mi mówie że nie jestem dość dobra, nie nie dość przebojowa... Nie dość dobra... Głupi głos! Głupi obezwładnijący głos idiotycznych przekoniań siedzących głęboko we mnie. Poza tym... jestem w momencie kiedy musze zadecydować co chcę w życiu robić, a w srdoku coś cały czas mówi mi że moja edukacja to nie jest to... Że to był felerny wybór... A czasu cofnąć nie mogę. Co bym zrobiła gdybym z wiedzą którą mam teraz cofnęła się te 5 lat wstecz? Może ta psychologia? Gdyby wtedy ta psychologia była w Szczecinie... albo gdybym była bardziej odważna... Mniej zniewolona przez ojca i opinie rodziców... Mniej zastraszona? Tak... W zasadzie nie wiem co chciala bym robić... nadal. Mając 24 lata nie wiem w jakij branży najlepiej bym się odnalazła. I tak oto jestem tutaj. Tadam! Mój pomysł na mnie jest wybitnie mglisty... Nawet nie wiem co tak naprawde mnie pasjonuje... Może to NLP... Może pomaganie wlasnie w taki sposob ludziom... Ale kursy... potrzebuje kursów i praktyki... Zeby zrobić kursy potrzebuje kasy, żeby mieć kasę potrzebuje dobrej roboty i tak oto kółko mi się zamyka...Boże... Co ja mam zrobić? Jak złapac dobrze płatną pracę. Dobrze płatną i ktora będzie mi się podobała??? Jak???
Na dodatek muszę te piekielną pracę napisać. Mam nadzieję że wyjdę wreszcie na prostą bo mnie chyba szlag trafi. Nie lubię sytuacji kiedy wiem, że mam coś zrobić, a czas mi płynie i będę potem na hurra wszystko robić.
Heh... Jak na ironię pierwszy raz w zyiu dopadł mnie dzisiaj lęk. Lęk że zostanę sama... Że wszyscy do okoła się zaręczają, biora śluby albo rodzą dzieci a ja nawet nie porafię po Kamilu znaleźć sobie faceta. Dopadł mnie paraliżujący strach że tak wybrzydzam, a potem nie będzie już z czego wybierać... Aż mnie skręciło w środku... Boże... mam tylko nadzieję, że Dora ma racje. Że lepiej poczekać, naprawdę poczuć potrzebę stabilizacji i dopiero budować rodzinę. I mam nadzieję że to co mi Mira powiedziala się sprawdzi... Ze los okaże się kiedyś dla mnie łaskawy i wreszcie zaznam odrobiny szczęścia. Narazie to jedyne na co ma ochotę to popłakać sobie, bo nie wiem w co mam ręce włożyć.
Plan był do dzisiaj inny- Stany. A może nawet i dalej. Ale co potem? Jeżeli nie będę mogła znaleźć pracy po powrocie? Jeżeli Pani Justyna ma racje? Zasiała we mnie cholerne ziarno lęku. Kolejna.
Szczerze powiedziawszy Ko. zszedl na dalszy plan w świetle tak mocno egzystencjonalnych rozkmin. Chyba Ten na górze wysłuchał moich próśb- oddalił o nim myśli. Z tym, że rzucił na mnie inne problemy. Najs. W zasadzie nie uściśliłam czego oczekuję konkretnie :P
A może by tak znowu do Miry pójść??? Kłóci się to z moim katolickim wychowaniem... Że grzech... że Zły działa podstępnie i takie tam... Mam przez to wątliwości. Ale czuję się tak piekielnie zagubiona przez to wszystko... Teoretycznie twierdziła że nie będę miała problemów z pracą... Ale coś zaczynam w to watpić... Jak i w stwierdzenie że będę kiedyś bardzo szczęśliwa. "Kiedyś" to dość mocno oddalony horyzont;] "Kiedyś" to może być i za 50 lat;]
Znowu pogubiłam się życiowo... Jakby tu powiedzieć... No znowu się spierdoliło :/