poniedziałek, 3 grudnia 2012

Mięta przez rumianek z domieszką koperku

Czasami myśli pochłaniają taką ilość naszej energii że aż nas to męczy. Moje myśli mnie męczą strasznie. Nie mogę się skupić, nie mogę dzialać konstruktywnie. "Wierzyć? Nie wierzyć? Czekać? Zobaczyć co będzie?" ... Kochankowie... dziecko... Boże drogi! To brzmi jak jakaś telenowela braylijska... A w głowie milion scenariuszy, milion rozmów i milion rzeczy które chciala bym mu powiedzieć. Teoretycznie z Pawłem ustaliłam czego chcę i na jakich warunkach, ale po drodzę gubię sie w tym trochę... Boję się... sama nie wiem czego... Wymyśliłam sobie że jeżeli spotkamy się jeszcze raz to wyjaśnimy sobie to i owo. Mogła bym to rozwiązać szybko, ale waham się.... cały czas... Tak jak powiedziała Mira... "Ciągłe wahanie" Raz będę go chciała jak cholera, a z kolei innym razem będę chciała sie go pozbyć. Nizbyt perspektywiczna wizja najbliższej przyszłości. Ale cóż mam na to poradzić? Nic na to nie poradzę. Zawrócił mi w głowie i dopóty ktoś inny nie stanie na mojej drodze, albo nei wyjadę to będę się męczyć. Boże... a może zwyczajnie przekuć tę moją mękę w coś fajnego??? A może z wady zrobić zaletę? Przestać się spinać i przejmować? Hymmm... Zaprosić go na imprezę w Senso znowu??? A co jeżeli odmowi? To trudno. I tak będę się dobrze bawiła. Kurcze... łapię się na myśli że chciala bym go znowu zobaczyć. Zły znak. Albo zrobić krok do przodu i zacząc bardziej ingerować, albo dalej się męczyć z nadzieją że znowu przez przypadek się spotkamy... "Kochankowie"... Paskudna sugestia. Chyba czasami lepiej nicznego nie wiedziec. W tym wypadku mogła by to być miła niespodzianka, a tak siedzę jak na szpoilkach i czekam na bieg wydarzeń. A czas płynie powoli. W głowie ciągle on. Bleeeeeeee!!!

No i may na horyzoncie znowu Grzesia i Colina. A Colin na mnie czeka... Tylko on nie będzie czekał w nieskonczoność... Może teraz, z perspektywy czasu idealizuje go troche, bo na poczatku były zgrzyty między nami, ale on naprawdę sprawia że czuję się piękna i wartościowa... A właśnie tego szukam. On czekający tam, daleko, i On będący tak blisko a jednocześnie tak daleko. W zasadzie to jestem w dobrej sytuacji. I tu ktoś jest i tam. Wygodnie. Więc o co mi właściwie chodzi? Że chcę aby stuacja z tym blisko bardziej się zazębiła??? To juz wtedy nie będę w stanie myśleć kompetnie o niczym;];];] może tak ma właśnie być.;]? W zasadzie na jedno wychodzi bo czy to czy sio i tak jestem zaburzona.


Znajdź pozytywy. Znajdź pozytywy. Co jest pozytywnego w tym wszystkim???
Inspiruje mnie z muzyką, to napewno. Motwuje mnie do więszego dbania o moje ciało. Nie ogladam sie na innych facetów... Oj taaak.

sobota, 24 listopada 2012

Misunderstanding

Wydawać by się mogło, że z dnia na dzień coraz lepiej sobie z "TYM" radzę. I mam rację- tylko mi się wydaje. A jeżeli to wszystko szumy komunikacyjne.... boże... czuje wstyd i zażenowanie... Już nigdy wiecej nie spojrzę w oczy... Odbieram kompa i dzida. Never again!  Chyba wtopiłam... Z resztą sama już nie wiem. Nie umiem tego sprecyzować w żaden sposób. Mam jeden cel- chcę pojechać znowu do USA. Tutaj nie spotyka mnie ostatnio nic fantastycznego. Colin... Kto wie, może nam się urwie kontakt... W zasadzie cenię w nim to, że dostoowuje się do moich uwag. Nie ma tego w duszy, ale naprawde poprawił się... Mam w głowie milion myśli. odbijam się od jednego faceta do drugiego. Miedzy wstydem a zmieszaniem. Teraz ta proporcja przesuwa się bardziej w kierunku "wstyd". Właściwie nie wiem dlaczego się tak tym przejmuję. Stało się, trudno. Bywa. Trzeba otrzepać się i iść dalej. Ważne że wiem, że trzeba iść dalej i zapomnieć go, bo nie pasujemy do siebie. Dwie inne bajki, problemy komunikacyjne, zero zrzumienia intencji. Nie. Z tego nie może wyjść nic dobrego. Jszcze tylko ten poniedziałek, tylko odbiorę tego kompa i spadam. I mam nadzieję, że go więcej nie spotkam. Taaaaki milusi był przez telefon. Aż mi sie wierzyć nie chciało! Jak nie on.

Jeju, jeju... jak ja się miotam. Między Konradem tutaj, Colinem 7 tysięcy mil stąd i Kamilem w mojej przeszłości. Znowu dziś złapałam się na "boże, jak ja za nim tęsknię..." Czasami dopada mnie nawet myśl "ciekawe czy on czuje to samo..." ... Pewnie nie. Teraz jego życie poto czyło sie w zupełnie inną stronę. Dziecko, praca, obowiązki. Chyba tylko ja sie tak piekielnie miotam. Między tęsknotą za bliskością, żądzą niezależności i ideałami. Ludzka psychika jest skompliowana.

Wiem tylko tyle- trzeba się bronić. Jeżeli nie posłucham tym razem rozumu znowu będę cierpieć. Chyba wystarczy mi tego cierpienia jak na ostatnie dwa lata. Przecież wreszcie muszę wyciągnać wnioski i nauczkę. 

Przestan o tym mysleć. Masz ważniejsze sprawy na głowie! Basta.






czwartek, 22 listopada 2012

Naważyłaś piwa, to teraz je wypij

"To jest jakies fatum" Kolejny raz zaczynam posta od tych samych słów. Czy ja go przyciągam mimi myslami czy jaki szlag? Bo już nie wiem jak mam to sobie tłumaczyć. Tylko wszedł! Bach! Tadam! Znowu soti na mojej drodze. Może to przypadek... Może przesadzam. Już sama nie wiem co mam o tym myśleć. "On po coś się zjawił" nooooo... zjawił i najwyraźniej się prześladujemy. Tylko po co??? Jaki jest głębszy sens tego? Wszystko do okoła krzyczy "NIE!" rozum to już pierdolca dostaje od tego komunikatu, a ja co? A ja..." yyyhyh,mmm no ale taki fajny". Sądze że wreszcie rozum wygrał tę batalię. Tego Pana trzeba omijać szerokim łukiem. Nie wnikać, nie zastanawiać się. Trzeba mieć szacunek do samego siebie.

Żebym bała się zajrzeć do własnego telefonu... "sytuacja między nami jest niesprecyzowana"... oj jest. Mam nadzieję że już niedługo. Że ten mentalny ciężar zejdzie mi z duszy. To zaszło za daleko. Trzeba było to urwać pół roku temu. Teraz tylko się zazębia, więc to jest moment krytyczny by się jakoś z tego wyplatać. Niby wiem ze to bez sensu, a dopiero usłyszysz, głośno wypowiedziane słowa przez kogoś, komu ufasz, dociera. Niby mentalny ciężar, ale.. ale dlaczego tak mnie ścisnęło w dołku, kiedy na głoś usłyszałam że to co się między nami dział jest niczym... Jakiś blizej niesprecyzowany rodzaj zawodu... Może to nadzieja została złamana w pół. Z resztą czułam że coś jest nie tak. Sama przed sobą nie chce się chyba przyznać... Pogubiłam się,.. Tak bardzo nie chciałam kolejny raz dopuścić do takiej sytuacji i na samą myśl, że znowu narobiłam sobie płonnych nadziei, albo zadurzyłam się w kimś bez wzajemności, to aż mnie skręca... Chyba nie ma gorszej tortuty niż nieodwzajemniona słabość. Po co ja tak rozkminiam? Sama siebie torturuję. Przyjmijmy wersję wydarzeć, że była jakaś mięta przez rumianek z domieszką koperku, ale nie wyszło. Trudno. Najwyraźniej tak ma być. W sumie sama nie wiem jak ma byc... Może to tylko moje myśli go przyciągają... Silne skoro tak to działa. Dla własnego dobra, wszystko tylko dla wlasnego dobra. Znowu będzie mnie skręcało z żalu.

Przestań. Poprostu przestań. Nie umiesz się dogadać z tym kolesiem. Więc po co Ci to??? Głupie hormony. głupie, głupie, głupie!!!

Jedyny plus z tego że mam wenę do szukania fajnych piosenek... I kilka fajnych imprez. Tyle. Trudno. To i tak bez sensu. BRZ SENSU!!!














wtorek, 20 listopada 2012

Nigdy nie jest tak źle żeby nie mogło być gorzej.

Dobry humor w moim wypadku to stan wyjątkowo zmienny. Ba! Rzekła bym nawet że permamentnie chwilowy. A ja odwracam głowę patrząc do góry i pytam: "Boże, dlaczego kopiesz mnie po tyłku aż tak?" Dlaczego życie upodobało sobie kopać mnie po dupie od dwóch lat... Wszystko się spieprzyło... Absolutnie wszystko... "Cierpienie ból i łzy"? "Bardzo szczęśliwa"? Kiedy pytam się? Kiedy?! Czy ON zabrał mi całą dobra passe? Wszystko co tylko mógł? Czy ja nie mogę być chociaż przez jakiś czas spokojna i szczęśliwa? Czym właściwie jest dla mnie szczęscie? Nie wiem. Sama nie wiem... Znowu nie mam siły życiowej... Kiedy tylko z trudem dźwigam się z dołka, życie znowu serwuje mi kopniaka, tak jakby jego celem było zrobienie ze mnie osoby permamentnie nieszczęśliwej. Przeżywam deja vu sprzed roku... Znowu stan obezwładniającej niemocy... Przed oczami mam 3 lata mojego szloneo, studenckiego zycia. Tyle pięknych chwil... satysfakcji, wspaniałych ludzi... Tyle dobrego...A kiedy on odszed... jakby wszystko prysło. Już nawet nie pamietam jak wygląda. Był, kochał, wspierał, dawał poczucie bezpieczeństwa. A teraz znowu jestem sama. Ta silna (niby), ta dominująca. Ta... użalająca się nad sobą kaleka życiowa;] 

Już nie wiem jakie mam modły zacząć wznosić zeby wreszcie coś się zaczęło układać dobrze... Jakoś to będzie... Pojadę do tych Stanów... Tylko to mi huczy w głowie... 

sobota, 17 listopada 2012

Przyciągamy to, czego się boimy?

Tak- boję się Go... Boję się jak cholera... Że tylko kiedy pokażę swoją słabość zostanę wyszydzona... wyśmiana... Nawet nie umiem dobrze sprecyzować tego uczucia... Boję się odrzucenia. Boję się że źle interpretuję znaki, że znowu się zawiodę. Sama nie wiem czego jeszcze się boję. Więc żyję w słodkim niedomyśle, niepewności... Nadziei... A kiedy o tym pomyślę, aż mnie skręca od środka. Może lepiej przekonać się? Ułyszeć to, zobaczyć... Nie wiem... cokolwiek... A tak przywdziałam maskę pokerzystki z nadzieją że cokolwiek dzięki temu zyskam. Nie zyskuję nic...  Może to nie jest dobra strategia. Boże... no ja nie wiem co mam o tym myśleć... Jeżeli on tylko się mną bawi? Wszyscy do okoła mi to mówią. Dlaczego nie mogę w to uwierzyć??? Dlaczego?! Miotam się okrutnie, ani zapomnieć, ani zrozumieć... Ani w prawo ani w lewo... Jakaś pieprzona tortura..
Ale czym ja do cholery jestem?! Jakąś łkawą, miłą dziewczynką na zawołanie?! Nie! Nie do cholery jasnej!
Szkoda tylko że po chwili siły i udawania (nawet przed samą sobą) że nic mnie to nie obchodzi rzyhcdzi chwila, że znowu czuję się jak struś... chcę schować głowę w piach... Nie słyszeć, nie widzieć, nie pamietać...

GET OUT OF MY HEAD!!!

wtorek, 13 listopada 2012

No i co teraz?

Srednio raz na pół roku wpadam w fazę "No i co teraz?" No i jestem tadam! Znowu. Poważne życiowe decyzje zaczynają mi siedzieć za uchem a ja obawiam się co zrobić, w którą stronę sie udac... Najwidoczniej Pawłowe czary mają limit co do mojej pokręconej osobowości. Wystarczy że kilka bardziej obciążających emocjonalnie rzeczy zaczyna wisieć mi za uchem i dopada mnie życiowa niemoc. Najgorsze jest to, że nawet nie wiem do kogo się z tym zwrócić... Kto powie "Będzie dobrze, zobaczysz. Przeciez jesteś mega ogarniętą osobą. Kto ma osiągnąć sukces jak nie Ty?" Brakuje mi wiary we własne siły.. wiem że potrafię naprawde wiele. Tyle rzeczy potrafiłam przeskoczyć, ale ciągle jakis głos w środku mi mówie że nie jestem dość dobra, nie nie dość przebojowa... Nie dość dobra... Głupi głos! Głupi obezwładnijący głos idiotycznych przekoniań siedzących głęboko we mnie. Poza tym... jestem w momencie kiedy musze zadecydować co chcę w życiu robić, a w srdoku coś cały czas mówi mi że moja edukacja to nie jest to... Że to był felerny wybór... A czasu cofnąć nie mogę. Co bym zrobiła gdybym z wiedzą którą mam teraz cofnęła się te 5 lat wstecz? Może ta psychologia? Gdyby wtedy ta psychologia była w Szczecinie... albo gdybym była bardziej odważna... Mniej zniewolona przez ojca i opinie rodziców... Mniej zastraszona? Tak... W zasadzie nie wiem co chciala bym robić... nadal. Mając 24 lata nie wiem w jakij branży najlepiej bym się odnalazła. I tak oto jestem tutaj. Tadam! Mój pomysł na mnie jest wybitnie mglisty... Nawet nie wiem co tak naprawde mnie pasjonuje... Może to NLP... Może pomaganie wlasnie w taki sposob ludziom... Ale kursy... potrzebuje kursów i praktyki... Zeby zrobić kursy potrzebuje kasy, żeby mieć kasę potrzebuje dobrej roboty i tak oto kółko mi się zamyka...Boże... Co ja mam zrobić? Jak złapac dobrze płatną pracę. Dobrze płatną i ktora będzie mi się podobała??? Jak???

Na dodatek muszę te piekielną pracę napisać. Mam nadzieję że wyjdę wreszcie na prostą bo mnie chyba szlag trafi. Nie lubię sytuacji kiedy wiem, że mam coś zrobić, a czas mi płynie i będę potem na hurra wszystko robić.

Heh... Jak na ironię pierwszy raz w zyiu dopadł mnie dzisiaj lęk. Lęk że zostanę sama... Że wszyscy do okoła się zaręczają, biora śluby albo rodzą dzieci a ja nawet nie porafię po Kamilu znaleźć sobie faceta. Dopadł mnie paraliżujący strach że tak wybrzydzam, a potem nie będzie już z czego wybierać... Aż mnie skręciło w środku... Boże... mam tylko nadzieję, że Dora ma racje. Że lepiej poczekać, naprawdę poczuć potrzebę stabilizacji i dopiero budować rodzinę. I mam nadzieję że to co mi Mira powiedziala się sprawdzi... Ze los okaże się kiedyś dla mnie łaskawy i wreszcie zaznam odrobiny szczęścia. Narazie to jedyne na co ma ochotę to popłakać sobie, bo nie wiem w co mam ręce włożyć.

Plan był do dzisiaj inny- Stany. A może nawet i dalej. Ale co potem? Jeżeli nie będę mogła znaleźć pracy po powrocie? Jeżeli Pani Justyna ma racje? Zasiała we mnie cholerne ziarno lęku. Kolejna.
Szczerze powiedziawszy Ko. zszedl na dalszy plan w świetle tak mocno egzystencjonalnych rozkmin. Chyba Ten na górze wysłuchał moich próśb- oddalił o nim myśli. Z tym, że rzucił na mnie inne problemy. Najs. W zasadzie nie uściśliłam czego oczekuję konkretnie :P

A może by tak znowu do Miry pójść??? Kłóci się to z moim katolickim wychowaniem... Że grzech... że Zły działa podstępnie i takie tam... Mam przez to wątliwości. Ale czuję się tak piekielnie zagubiona przez to wszystko... Teoretycznie twierdziła że nie będę miała problemów z pracą... Ale coś zaczynam w to watpić... Jak i w stwierdzenie że będę kiedyś bardzo szczęśliwa. "Kiedyś" to dość mocno oddalony horyzont;] "Kiedyś" to może być i za 50 lat;]

Znowu pogubiłam się życiowo... Jakby tu powiedzieć... No znowu się spierdoliło :/









poniedziałek, 5 listopada 2012

Zabawa płomieniem

Ostatnio chyba zaczynam wierzyć w fatum... Dziwne zbiegi okoliczności i spotykanie ludzi w najmniej oczekiwanym momencie... Ok, kwestia przypadku kwestią przypadku, ale kiedy coś takiego powtarza się notorycznie?? Może mam jakąś dziwną aurę wokół siebie, może moje myśli i podświadomość przyciągają takie wydarzenia.... No nie wiem. Nie umiem sobie tego logicznie wytłumaczyć. Jak to się dzieje, że moja ścieżka ciągle krzyżuje się z jego ścieżką??? I tak już od roku. Pełny rok. Tak, przyznaję się- podoba mi się cholernie, ciągnie mnie do niego, ale im bardziej się nad tym zastanawiam, tym więcej przeszkód widzę. A on? On jest jak wiatr... lotny, niespokojny, nieprzewidywalny. O tak. Nieprzewidywalny to bardzo dobre słowo by go okreslić. Rok nie potrafię go zrozumieć nie potrafię dojść o co mu chodzi, czego doe mnie chce... Kolejne pół roku próbowałam go sobie wybić z głowy, a on jak gdyby nigdy nic pojawia się, zaprasza na imprezę i mąci mi w głowie! Ahhh... Oszołomienie, brak świadomości tego co będzie jutro... Głupie hormony! I alkohol. Po alkoholu dzieją się różne rzeczy. Nie, nie nie nie! Nie reagować, nie robić sobie żadnych nadziei, nie ufać. Haaaaa! Agata. Z Agatą było identycznie. Nie chce się zauroczyć, nie chcę potem znowu cierpieć, nieeeee...

W głowie milion razy układałam plan... co powiem, jak zaargumentuję.. "Boję się Ciebie. Boję się otworzyć, boję się zaufać. Wiem że jeżeli się otworzę będzie po mnie. Wszystkie moje słabości, najdelikatniejsze struny. Do perfekcji opanowałam udawanie twardzielki. Tej niedostępnej, obojętnej. Tak. Umiem udawać nawet wtedy gdy od środka skręca mnie w znak nieskonczoności"