Hymmm... Moj pierwszy post. Nigdy nie bawiłam się w takie rzeczy, ale chyba tego potrzebuję. Uzewnętrznić się. Wylać swoje zakręcone życie gdzieś indziej niż na kogoś, kto może słuchać. Nie zrozumcie mnie źle, nie nie- to nie jest tak, że nie mam przyjaciół! Wręcz przeciwnie! Mam i to wspaniałych. Tylko czasami czuję się bardziej samotna niż ktoś kto ma takich przyjaciół.
A więc mamy czwartkowy wieczór, a ja biję się z myślami... Ja, D. ucząca się do znienawidzonego angielskiego, jakies hałasy na zawnątrz... Ktoś chodzi piętro wyżej, ktoś zmywa- jak to w akademiku. Wieczny hałas. I ja. Ta 24-latka próbująca ogarnąć swoje życie kolejny raz. Czy źle lokuję uczucia? Czy zbyt mocno przejmuję się? Być może... taki chyba już los kogoś, kto jest zbyt wybredny na "grzecznego chłopaka"... Trzy totalnie nieudane zauroczenia... I jakiś rodzaj bólu i tęsknoty za fizyczną bliskością. Heh... Już nawet nie wiem jakie im nadać skróty bo każdy z nich ma imię na K. No poza C. bo też K, ale w wersji amerykańskiej. Tak , tak- zauroczyłam się w amerykaninie. Doskonale wiedziałam, że wyjeżdzam i że nie powinnam... Ale co z tego? Serce nie sługa i jak zwykle zorientowałam się po fakcie. A teraz boli. Bo nie odzywa się, bo ignoruje... Ignoracja to chyba najgorszy rodzaj zniechęcenia mnie. A ja? Przecież jestem twarda, przecież mnie nic nie rusza. Ta;] Nic a nic;] Ani odrobinkę nie jest mi przykro. Wiem doskonale, że to kiedyś musiało umrzeć śmiercia naturalną... Niby wiem, ale co z tego? Może to lepiej... Im szybciej mi przejdzie tym lepiej dla mnie. Już raz tęskniłam długo i mocno, Powtórka z rozrywki? Najwodoczniej wbilam się w schemat- pałać gorącym uczuciem do kogoś, kto jest bardzo daleko, albo jest niedostęny. Głupia!... Dobrze że raczej nikt nie będzie czytał tych moich żałosnych żali do świat. Czasem tylko się tak zastanawiam, czy ja poprostu nie zasłużyłam na to, by być przez jakiś czas szczęśliwa... dwa lata. Właśnie minęły dwa lata... On? On będzie teraz ojcem. Z nią... z tą, która teoretycznia była dla niego "tępą blondynką"... Niby czas leczy rany, ale to chyba jest tak, że kiedy kogoś kochasz oddajesz mu jakąś część siebie. Ta część już nigdy do Ciebie nie wraca. Oddałam. Potężny kawał mojego serca. A teraz jestem tak oto sobie... Ja, moje myśli o:
a) C. który mnie ignoruje... Miło mi. Jestem G. mam 24 lata i faceci na ktorych mi zależy uwielbiają mieć mnie w nosie.
b) Ko. który znowu mnie wystawił do wiatru... Miło mi ponownie. Mam ochotę go zabić (a w międzyczasie jest mi przykro)
c) Ka. na którego lekiem miało być tych dwóch wyżej - a to peszek, każdy z nich mnie olał. NICE.
A do tego wszystkiego tkwię w trójkącie... Ja, On i Ona. Czytaj: Ja, G. i O. Bo G. ze mną tańczy, rozmawia i spędza czas a z O. sypia. Teoretycznie nie powinno mnie to obchodzić i nie obchodziło by mnie gdybym tak bardzo nie lubiła G. No... Może inaczej- łapała się na tym, że patrze na niego czasami jak na faceta... ale cóż... G nie chce mieć dziewczyny, tylko ruchadełko...No i ma. Albo nie chce mi sprawiać przykrości?? To po hu... go się ze mną spotyka?! Ba! Izoluje nas od siebie. Kiedy z nią idzie na imprezę nic mi nie mówi... Tak jak dziś... a mi ZNOWU jest przykro. Zaje... kurwa...biście.
Co za dzień... Jeden sukces muszę opłakać trzema innymi rzeczami które są do dupy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz